Dla Kate Delaney
Zorganizowana przez Museum of Modern Art w Nowym Jorku monograficzna
wystawa Jacksona Pollocka, prezentowana od 1 stycznia 1998
do 2 lutego 1999, została uznana przez amerykańskie media
za najważniejsze wydarzenie wystawiennicze minionego roku
oraz fascynujący kulturowy fenomen.
Pollock po raz kolejny powraca na scenę, a jego sztuka przeżywa
gwałtowny renesans popularności, co potwierdza, iż tak naprawdę
czas tego artysty nigdy nie przeminął, a jego wpływ na sztukę
drugiej połowy XX wieku jest nieoceniony.
Amerykanie kochają Pollocka jako cudowne dziecko ich własnej
narodowej tożsamości, zaś historycy i krytycy sztuki wielbią
go za stworzenie narodowego stylu, który wyzwolił sztukę amerykańską
z jarzma europejskiego, "ciasnego" modernizmu.
Historia twórcy action painiting zaskakuje nacjonalistycznymi
i politycznymi implikacjami, jakie przypisuje się jego abstrakcyjnym
obrazom, które nie komunikując żadnego określonego znaczenia,
prowokują jednocześnie wszelkie możliwe interpretacje, od
psychoanalitycznych po ideologiczne. Pomimo powszechnie znanej
i dyskutowanej historycznej analizy Serge Guilbaut, który
ukazał, w jaki sposób abstrakcyjny ekspresjonizm został wprzęgnięty
w antykomunistyczną i antyradziecką propagandę okresu zimnej
wojny, współczesne amerykańskie media bezkrytycznie, bezwstydnie
i niezwykle interesująco ponownie opisują twórczość Pollocka
w narodowych kategoriach: amerykańskiego ducha, amerykańskiego
artysty i mężczyzny- Amerykanina, czyniąc wystawę Jacksona
Pollocka jeszcze bardziej sexy niż jest ona w istocie, a jest
i bez tego piekielnie atrakcyjna, przyciągając i hipnotyzując
tłumy zwiedzających.
Spójrz na mnie
W kontekście kultury postmodernizmu poradoksem wydaje się
zaszczytne miejsce przypisywane Pollockowi. To przecież przeciwko
niemu i nadwornemu krytykowi abstrakcyjnego ekspresjonizmu
- Clementowi Greenbergowi - zwrócił się krytyczny impuls poststrukturalistycznych
teorii w nowej historii sztuki. Oskarżani o dziewiętnastowieczny
romantyzm, patriarchalny maskulinizm i bezcielesną, formalistyczną
utopię "wysokiej sztuki", byli zaprzeczeniem tego wszystkiego,
przeciwko czemu zwraca się współczesna kultura wizualna i
krytyczna praktyka artystyczna. Tymczasem, sprytna polityka
wystawiennicza MOMA sprzedaje ekspozycję Jacksona Pollocka
jako narrację o tożsamości, reklamuje go nie tylko jako artystę,
ale przede wszystkim jako człowieka.
W głównym eseju zamieszczonym w katalogu wystawy, jego autor
i kurator zarazem - Kirk Varnedoe - koncentruje się na biografii
twórcy i odsłonięciu otaczających ją mitów. W dzisiejszych
czasach jest to skuteczny i odkrywczy zabieg, wzbogacający
perspektywy badawcze instytucji specjalizującej się w klasyce
modernizmu. Tym bardziej, że Pollock jest idealnym celem biograficzych
eksploracji. Sam artysta, wykrzyknął kiedyś: "Jeśli chcesz
zobaczyć twarz - spójrz na mnie".
Image
Ameryka kocha emblematyczne biografie symbolizujące coś więcej
niż zwykła historię życia, biografie, które są opowieścią
o heroicznej skali i literackiej strukturze, które oddają
świadectwo zmagania się z losem i jego przeciwieństwami. Historie
wypełnione walką, dramatem, tryumfem, klęską.
MOMA tak zorganizowała wystawę Pollocka, aby odpowiedziała
ona na te zapotrzebowania - uczyniły z artysty "człowieka
większego niż życie", ale jednocześnie człowieka nękanego
depresjami i naznaczonego tragicznym piętnem.
Otwierająca wystawę monumentalna fotografia Pollocka przedstawia
go jako gwiazdę mediów na tle jednego z jego arcydzieł: artysta
stoi dumnie i wyzywająco z papierosem w ustach i splecionymi
na piersiach rękami, ubrany w dżinsy, białą podkoszulkę, skórzaną
kurtkę. Muskularny, przystojny, zdecydowany, męski. Za tym
atrakcyjnym portretem-maską kryje się kolejny, jeszcze bardziej
pociągający dla publiczności image: nieuleczalnego alkoholika
nieustannie balansującego pomiędzy manią i depresją, bezlitosnego
dla własnego ciała, niezdolnego bez leków uspokajających i
opieki żony, malarki Lee Krasner, do poradzenia sobie z codziennym
życiem i sławą, człowieka wulgarnego w kontaktach publicznych
i rozpaczającego w samotności, uwielbiającego szybką, ryzykowną
jazdę samochodem. Który z tych obrazów jest prawdziwy, w jakim
stopniu oba budują mit, a w jakim stopniu odsłaniają prawdę?
Odpowiedź na to pytanie umyka z taką samą szybkością, z jaką
rosną tomy interpretacji i dokumentacji poświęcone artyście.
Śmierć
Wypadek samochodowy, w którym zginął 44-letni Pollock, zdarzył
się 11 sierpnia 1956 roku w East Hampton pod Nowym Jorkiem,
niedaleko miejsca, gdzie malarz mieszkał i tworzył.
Lee Krasner przebywała wówczas w Europie. Artysta od kilku
lat pogrążony był w depresji i alkoholizmie. Tego dnia Pollock
spotkał się z dwoma przypadkowo poznanymi dziewczynami. Po
całodniowej hulance, wracając do domu, utracił kontrolę nad
samochodem. Zginął wraz z jedną z dziewczyn. Ta tragedia nastąpiła
w rok po wypadku Jamesa Deana, wpisując Pollocka w gotowy
romantyczny scenariusz: krótkie, intensywne, burzliwe życie
dzikiego rebelianta. Śmierć artysty rzuca ambiwalentne światło
na jego obrazy, napełnia je złowrogą atrakcyjnością, nadaje
im dodatkowej aury, a jednocześnie niepokoi etycznym wymiarem
całej historii.
Farba
Kulminacją wystawy, popisowym aktem teatru Pollocka, a jednocześnie
szczytem jego twórczości i największym wkładem do historii
sztuki są sławne action paitning polegające na rozlewaniu
farby na pionowo rozłożone płótna. Już w latach 30. artysta
eksperymentował z wylewaniem farby na płótna, tworząc pod
wpływem ekspresyjnej, politycznie zaangażowanej sztuki meksykańskiego
autora murali Davida Alfaro Siqueiros, który często malował
w planie horyzontalnym i stosował metodę rozpryskiwania farby.
Kolejny trop prowadzi w stronę młodzieńczych podróży artysty
po "Dzikim Zachodzie" i jego spotkań ze sztuką Indian, szczególnie
metodą "malowania piaskiem" sypanym na wyznaczoną powierzchnię.
Zazanaczyć należy, iż Pollock nie wymyślał techniki kapiącej
farby, on ją jedynie w pełni wykorzystał i rozwinął w najbardziej
kreatywny, a jednocześnie dekoracyjny sposób. Istotny wpływ
na Pollocka miały modne w latach 40 psychoanaliza i surrealizm.
W tym kontekście jego technika malowania wiązana była z niebagatelną
rolą przypadku, odkrytą przez Freuda oraz znaczeniem pisma
automatycznego, jako wyrazu nieświadomości.
Postrzeganie płócien geniusza abstrakcyjnego ekspresjonizmu
jako obrazów nieświadomości to uwodząca i atrakcyjna idea,
bliska samemu artyście.
Pollock po raz pierwszy w pełni świadomie zastosował technikę
lanej farby w roku 1947. Jako podstawowy sposób tworzenia
kompozycji zastosował ją w końcu lat 40., w szczególności
w arcydziełach z roku 1950. Rozlewał, rozmazywał, chlapał,
bryzgał, i rozpryskiwał farbę, kapał nią i lał ją za pomocą
wyschniętych pędzli i patyków, z podziurawionej puszki lub
wyciskając bezpośrednio z tuby. Płótna rozkładał na ziemi
i pracował nad nimi ze wszystkich stron, często wchodząc na
ich powierzchnię, tworząc sploty linii, plam i kolorów. Pollck
stosował nie tylko farby olejne, ale przede wszystkim farby
przemysłowe emaliowe i aluminiowe. Jego obrazy prezentują
bujny i złożony zakres kolorystycznych akcentów, do pomarańczy
i żółci, po brąz i zieleń. Jest to wręcz karaibska, egzotyczna
paleta; linia i plama wybucha z taką samą intensywnością jak
barwa. W oparciu o szerokie różnicowanie gęstości i dynamizm
kładzenia farby oraz jej odcieni, artysta stworzył szeroką
gamę efektów, od subtelnego tonowania po krzykliwą dekoracyjność,
od powietrznej delikatności po skupioną erupcję. Linie na
obrazie odzwierciedlają gest ręki malarza: Pollock rozwinął
szeroki gest rozlewania farby niczym pisanie ręką, i w tym
właśnie sensie instynkt łączy się u niego z regularnością,
rozpryskiwanie z planowaniem. Linearne kształty powtarzają
się, odzwierciedlając zawsze to samo "pismo" o płynącej formie.
Repetycja ruchów łokcia i dłoni połączona z różnicowaniem
w szczególności faktury, warstw farby i barwy, oto klucz do
tych abstrakcji. Czasem powierzchnia obrazu wydaje się pokryta
proszkiem lub pudrem (Lavender Mist), gdzie indziej jest gruba
i skorupowata (Lucifer) lub zaskakująca, gładka jak kamień.
Linie, kolory i poziomy przeplatają się tak intensywnie, iż
nie można rozpoznać, co jest na zewnątrz, a co jest pod spodem.
Obraz przekształca się w jedną wibrującą maź, dlatego właśnie
to malarstwo wywołuje dezorientację zmysłów. Pozbawione centrum,
punktu skupiającego, rozchodzi się na boki i wybucha ku widzowi.
Horyzontalność
Wystawa w MOMA w pośredni, zawoalowany sposób odwołuje się
do trzewiowego aspektu twórczości Pollocka. Akcentuje jego
burzliwą i psychotyczną biografię. Należy jednak zwrócić uwagę
na trzewiowość Pollocka, leżącą w jego horyzontalnej technice
malowania.
Rozlewanie farby na leżące płótna oznacza bowiem radykalny
zamach na oś wertykalną, rozumianą w modernizmie jako synonim
podmiotu - stojącego, pionowego bytu, zdystansowanego do poziomu,
do którego należy sfera animalna i cielesna. Wertykalność
człowieka i malarstwa zgadza się z freudowską wykładnią, według
której sztuka jest aktywnością sublimującą, separującą od
organicznej i skażonej gleby oraz ciała. Wyłoniła się zatem
linia demarkacyjna, przyjmująca, iż wizualne jest wertykalne,
a cielesne horyzontalne. Pollock w najbardziej radykalny sposób
poplątał i przemieścił tę granicę.
Gdy w latach 40. artysta zaczął tworzyć w poziomie, efektem
tego było uderzenie w zamkniętą wertykalną formę, odrzucenie
idealizacji w imię nieświadomości, rozumianej za Freudem jako
przeciwieństwo kultury. Gest ten wyłonił materię i rytmy realnego
ciała, kontrolowane zwykle i przetwarzane przez wertykalną
formę percepcji i reprezentacji. Bazowa materia pojawia się
w najbardziej dosadnej postaci. W wielu pracach kapiąca farba
utwierdza zgromadzony na powierzchni płócien śmietnik: zapałki,
niedopałki papierosów, stare pluskiewki, guziki i klucze,
kawałki drutu, kamyki, tłuczone szkło i obcięte paznokcie.
One właśnie współtworzą maź, tak charakterystyczną dla faktury
obrazów. W tym właśnie sensie rewolucyjna horyzontalność Pollocka
polega nie tylko na malowaniu z góry, ale przede wszystkim
na kreacyjnym zasymilowaniu bazowej materii. Jest to zupełnie
nowa relacja do płótna jako pola, na które patrzy się w dół,
schodzi w dół ku tym wszystkim elementom, które uznaje się
na niskie.
Czasami, gdy zbliżymy twarz do pięknych abstrakcji, wydają
się one pulsująco odpychające.
Tryskanie
Feministyczna krytyka, celująca w Jacksona Pollocka jako patriarchalnego
macho, wyartykułowała to, co w malarstwie jest niewypowiedzianie
oczywiste: smugi bieli przeplatające się wśród innych barw
i linii wyglądają niczym wytrysk spermy. Całe te pomazane
płaszczyzny mogą kojarzyć się z efektem seksualnego tryskania.
Nieświadomość, której dopatrują się w sztuce Pollocka liczni
interpretatorzy, wydaje się ekspresją aktywności czystego
libido. Jest to pierwotna nieświadomość związana z popędami
i instynktem, stąd wynika jej energia oraz wymykanie się wszelkiemu
znaczeniu. Pollock zanurzył wizualność w libidalnej lawie.
Feministyczne analizy dotknęły sedna, określając sztukę Pollocka
jako głęboko maskulinistyczną, jest to bowiem ekspresja męskiego
libido, unikalny przykład jego artystycznego zmaterializowania,
a nie tradycyjnej transpozycji objawiającej się w kobiecych
aktach.
Pollock nigdy nie wypierał tego pogrążenia w instynktownej
bazie. Dyskutowana pierwotność jego płócien może odnosić się
właśnie do popędowej sfery istnienia. Artysta przyznał, iż
gdy spojrzał na swój pierwszy gotowy drip painting, w jego
pamięci wyłonił się obraz z dzieciństwa, gdy obserwował sikającego
ojca i kształty, jakie jego mocz rysował na powierzchni skały.
Przypomniał sobie pragnienie bycia dorosłym mężczyzną i wykonywania
tej samej czynności. Ile w tej opowieści jest prawdy, a ile
mistyfikacji, pozostanie tajemnicą, faktem jest jednak, że
artysta niewiele mówił o własnej sztuce. Jego urynalne wyznania
zostały natychmiast przechwycone zarówno przez innych artystów,
jak i biografów. W roku 1989 ukazała się kontrowersyjna książka
Stevena Neifeha i Gregory White Smitha pt. "Jackson Pollock:
An American Saga", dokładnie dokumentująca jego "ubikacyjne"
zwyczaje i skandale.
Najsłynniejszy epizod miał miejsce na przyjęciu u Peggy Guggenheim,
kolekcjonującej i wystawiającej dzieła Pollocka. Oburzony
jej prośbą o przycięcie monumentalnego "Muralu" tak, by pasował
na ścianę mieszkania, artysta nasikał na kominek w obecności
swojej patronki i gości.
Autorzy biografii notują również częste przypadki oddawania
moczu w miejscach publicznych, a także spektakularne "załatwienie
się" na łóżku bogatej i sławnej Ms. Guggenheim. Przytaczane
są również plotki głoszące, iż Pollock zwykł oddawać mocz
na płótna przeznaczone dla dealerów i klientów, których nie
lubił oraz, że w dzieciństwie on i jego brat byli obsikiwani
przez pijanego ojca.
Analogia pomiędzy malarstwem akcji, polegającym na rozlewaniu
farby na podłoże, a fizjologicznym gestem tryskania nasieniem
lub moczem pogłębia rozumienie Pollocka opisywanego zazwyczaj
jako artysty, który radykalnie zespolił malarstwo z energią
psychiczną i cielesną. Ta cielesna podszewka wydaje się istotą
aktu transgresji, z jakim mamy tutaj do czynienia. Akcentowanie
tej instynktownej i wysoce indywidualnej strony sztuki Pollocka
stanowi interesującą kontrinterpretację inspirowanej Jungiem
wizji malarstwa archetypicznego, otwierającego się na uniwersalne
mity z dna podświadomości.
Cykle
Wystawa opisuje i wyjaśnia twórczość Pollocka poprzez relacje
między atmosferą obrazów a psychologicznymi fazami życia ich
twórcy. W tej narracji wydaje się obowiązywać maniakalno-
depresyjny schemat, odzwierciedlający temperament artysty.
W myśl tego modelu pierwszy okres twórczości Pollocka obejmuje
jego "nędzne" życie w Nowym Jorku w latach 30., wypełnione
alkoholem i - według krytyków - chybionymi artystycznie poszukiwaniami.
Ich efektem są intrygujące, ciemne, ekspresjonistyczne akty
kobiece i męskie oraz mroczne pejzaże. Ten etap dokumentują
takie dzieła jak "Guardian of the Secret" i "The She-Wolf"
z 1943 roku, gdzie abstrakcja współistnieje z symbolicznym
językiem mitologicznych figur i totemów.
Po gorączkowym, chorobliwym egzystencjalnym i artystycznym
dojrzewaniu, od roku 1945 (małżeństwo z Lee Krasner) rozpoczyna
się etap uspokojenia. Przeprowadzka do wiejskiego domu w East
Hampton, ciche, odizolowane życie przynosi dwie czysto abstrakcyjne
serie malarskie inspirowane kontaktem z otaczającą naturą,
przepiękne, spokojne i intymne "The Accabonac Creek Series"
oraz "The Sounds in the Grass" (1946).
Sielankowy charakter tej fazy zostaje przerwany osiągnięciem
artystycznego apogeum, odkryciem i rozwinięciem techniki drip
painting, co nastąpiło w latach 1947-1950. Ten rewolucyjny
wybuch energii owocuje trzema wspomnianymi już arcydziełami
z roku 1950. Potem rozpoczyna się droga w dół ku głębokiej
depresji i alkoholowej dezintegracji. Najpierw są czarne obrazy
z roku 1951, wykonane ciemną emalią na płótnie. Ten jeszcze
w miarę stabilny okres kończy być może jego największe arcydzieło,
monumentalny, abstrakcyjny fryz "Blue Poles: Number 11" (1952),
wykonany techniką drippingu aluminiową i emaliowaną farbą,
zmieszaną z tłuczonym szkłem. Jest to obraz o największej
intensywności, gęstości i agresywności w całym dorobku malarza.
Po "Blue Poles" Jackson Pollock przestał tworzyć seriami.
W ostatnim okresie powstało kilka pojedynczych, abstrakcyjnych
płócien, które łączą tradycyjne malowanie z rozlewaniem farby,
a każdy z nich stanowi odrębny eksperyment formalny i techniczny.
takie obrazy, jak "Easter and Totem" (1953), "Ritual" (1953),
"The Deep" (1953), "Ocean Grayness" (1953), "White Light"
(1954), "Scent" (1953-55), "Search" (1955) są interpretowane
jako rozpaczliwe poszukiwanie próby odnowienia własnego malarskiego
języka.
W latach 1954-1955 Pollock miał dwa poważne wypadki samochodowe
(obydwa spowodowane pod wpływem alkoholu), w których poważnie
okaleczył nogi. Ostatnie dzieło, które namalował, zatytułowane
jest "Poszukiwanie".
Jakkolwiek uproszczony i dyskusyjny jest kuratorski zabieg
zespalający psychologiczną i artystyczną chronologię życia
Jacksnona Pollocka, o tyle doskonale spełnia on wystawienniczą
funkcję. Widz zostaje prowadzony jedną ścieżką przez labirynt
abstrakcji i traumy, otrzymując filmową iluzję zrozumienia.
Akcja
MOMA pokusiło się o wystawienniczy zabieg, który odróżnił
aktualną wystawę Jacksona Pollocka od wszystkich wcześniejszych
przeglądów jego sztuki.
W środku ekspozycji, w bocznej sali zbudowano drewnianą galerię
dokładnie odtwarzającą wnętrze szopy, w której powstało większość
obrazów artysty. Ta drewniana szopa przy jego domu w East
Hampton była stałym miejscem pracy artysty. Wrażenie nieograniczonej
przestrzeni, jaką emanują jego dzieła, oraz monumentalna skala
niektórych z nich zaskakująco kontrastuje z niewielkimi rozmiarami
tego warsztatu, gdzie z trudem mieściły się największe płótna.
Zwiedzający wystawę mogą wejść do odtworzonego wnętrza i doświadczyć
osobiście jego skali i wiejskiej surowości. Brakuje jedynie
zimnych wiatrów smagających Long Island, które przeszywały
nieocieplaną szopę.
Przy wejściu do tego zgrzebnego pomieszczenia powieszono zdjęcie
przedstawiające drewnianą podłogę pracowni, na której nagromadziły
się pokłady rozlanej farby. Na jej ścianach rozwieszono sławne
fotografie, które Hans Namuth zrobił Pollockowi w roku 1950.
Sesja fotograficzna i filmowa miała miejsce latem, a jej celem
była dokumentacja pracy artysty nad dwoma arcydziełami: "One:
Number 31" i "Autumn Rhytm". Opublikowane w roku 1951 odegrały
kolosalną rolę w budowie publicznego wizerunku Pollocka i
roli jego twórczości. Pokazują one bowiem malarza przy tworzeniu
drip paintings, który wydaje się tańczyć wokół obrazu, rozpryskując
i lejąc farbę, czyniąc z samego gestu malowania teatr, wprowadzając
element akcji w malarską kreację. Właśnie w oparciu o te fotografie,
krytyk Harold Rosenberg zaproponował pojęcie "malarstwa akcji",
action painting. Od nich również wywodzi się wyobrażenie Pollocka
jako prekursora happeningu i performance art, nurtów, które
kładą nacisk bardziej na proces tworzenia niż jego ostateczny
produkt.
Nowy Jork
Poza niezwykłą indywidualnością i wyjątkowym talentem Jackson
Pollock był również typowym produktem swoich czasów.
Urodzony w roku 1912 w Cody (stan Wyoming) był piątym, najmłodszym
dzieckiem w farmerskiej rodzinie, nieustannie przemieszczającej
się w poszukiwaniu pracy przez wiejskie regiony Arizony i
Kalifornii. Wychowywany był przez matkę katoliczkę. Jako buntowniczy
nastolatek przemierzył Amerykę, podróżując pociągami towarowymi
i śpiąc pod gołym niebem. Ambicje i wzór brata Charlesa, zaprowadziły
Pollocka w roku 1930, zaraz po ukończeniu szoły średniej w
Los Angeles, do Nowego Jorku, gdzie rozpoczął studia w Art
Students League.
Nowy Jork lat 30. i 40. to wymarzone miejsce dla artysty.
Uciekając przez nazizmem, przybyła tu cała elita europejskiego
surrealizmu. Założone w 1929 roku Museum of Mordern Art prezentuje
obrazy Picassa i Mondriana. Nowy Jork staje się centrum artystycznego
świata. Pollock przechodzi lekcję kubizmu i surrealizmu. Jego
mistrzami są Joan Miro, Paul Klee, przedstawiciele sztuki
prymitywnej a przede wszystkim Pablo Picasso z jego sadystycznym
i radykalnym zamachem na figurę. Gdzieś w tym miejscu rozpoczyna
się Pollock - artysta amerykański, który zaczyna tworzyć coś
zupełnie nowego, świeżego, unikalnego w skali i rozmachu,
którego odwaga podejmowania ryzyka odpowiada wielkości Ameryki,
której obrazy przekazują bezkres i energię amerykańskiej natury
oraz dynamizm Nowego Jorku.
Wśród tworzących w latach 40. abstrakcyjnych ekspresjonistów
Pollock uzyskał największy rozgłos nie tylko dlatego, iż był
wyjątkowy, ale przede wszystkim dlatego, iż był najłatwiejszy
do "sprzedania". Miał bowiem czysto amerykański image twardego
faceta, prawie cowboya z zachodu kontynentu [wysoki, muskularny
blondyn z anglosaskiej rodziny o irlandzko-szkockim pochodzeniu].
Jednocześnie Pollock wydawał się być stworzony na potrzeby
nowego imperialnego narodu, szczycącego się zwycięstwami na
polach II Wojny Światowej i przygotowującego się do nowych
tryumfów.
Wielu krytyków w latach 40. i 50. pisało, iż w Związku Radzieckim
artyści muszą być konformistyczni: banalni bądź realistyczni.
Natomiast Ameryka zachęca do wolności ekspresji, afirmuje
tych, którzy rewolucjonizują kulturę. Pollock był znakomitym
przykładem amerykańskiej wolności wprzęgniętej w cichą walkę
z komunistyczną ideologią. Zaskakujące, jak historia lubi
się powtarzać. Dzisiaj wielu recenzjom wystawy w MOMA ponownie
towarzyszy propagandowa retoryka, można odczytać tzw. ekspresję
dziejów. Pół wieku po abstrakcyjnym ekspersjonizmie, w obliczu
światowego kryzysu finansowego i upadku Rosji, Stany Zjednoczone
znów są jednym globalnym mocarstwem, a Nowy Jork przeżywa
kolejny boom: przestępczość się zmniejsza, Wall Street się
wznosi, Pollock jest w modzie.
Jego wystawa, jako największy "blockbuster" roku, głosi akceptację
i podziw dla życia dalekiego od wzorów nuklearnej rodziny,
odzwierciedla rzekomy liberalizm amerykańskiej kultury, oczyszczając
niezdrową atmosferę wywołaną przez nowy obyczajowy maccartyzm
uderzający z całą mocą w samego prezydenta Wolnego Świata.
P.S.
Prosto z Nowego Jorku retrospektywa Pollocka przenosi się
do Tate Gallery w Londynie, ciekawe zatem jaka będzie angielska
recepcja jego sztuki i co nowego w niej odkryje?
Paweł Leszkowicz, Nowy Jork, 24.01.1999
|